- Szczegóły
O świcie budynki sądów wyglądają jeszcze spokojnie – świątynie sprawiedliwości szykują się do sprawowania trzeciej władzy w państwie, do rozstrzygania spraw obywateli. Długie korytarze są prawie puste. Światło jarzeniówek odbija się od chłodnych posadzek, gdzieś w oddali słychać stukot drzwi i szum uruchamianych komputerów. Pracownicy przychodzą wcześniej, bo wiedzą, że zanim zacznie się właściwa praca, trzeba jeszcze przejść przez cały rytuał codzienności: wejść do budynku, odbić kartę, uruchomić systemy, zalogować się do programów, pobrać akta, przygotować stanowisko.
To wszystko trwa.
Dziesięć minut.
Piętnaście.
Czasem dwadzieścia.
Prawna fikcja pisana w budynkach, które miały chronić przed bezprawiem
A potem zaczyna się największy paradoks polskiego wymiaru sprawiedliwości.
Bo choć człowiek stoi już w sądzie, wykonuje obowiązki, podporządkowuje się organizacji pracy i od dawna nie dysponuje już swobodnie swoim czasem — część sądów próbuje twierdzić, że… jeszcze nie pracuje.
Tak właśnie powstał „czas pomijalny”.
Pojęcie brzmi niemal niewinnie. Technicznie. Administracyjnie. Jak kolejny urzędowy detal, który nikogo poza specjalistami od regulaminów i prawników nie powinien interesować.
Problem w tym, że „czas pomijalny” prawnie nie istnieje, a nawet zwyczajnie próba jego tworzenia jest nielegalna.
Nie istnieje w polskim prawie.
Nie istnieje w Kodeksie pracy.
Nie istnieje w prawie unijnym.
Nie istnieje w orzecznictwie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej.
A mimo to właśnie teraz część sądów próbuje stworzyć go własnymi regulaminami, z całkowitym rażącym naruszeniem prawa.
To trochę tak, jakby ktoś postanowił dopisać brakujący rozdział do ustawy — tyle że bez udziału parlamentu, bez zmiany przepisów i wbrew temu, co od lat mówi zarówno polskie prawo, jak i europejskie sądy.
Bo prawo pracy jest tutaj zaskakująco proste.
Czas pracy to czas, w którym pracownik pozostaje do dyspozycji pracodawcy. Nie moment, w którym dotknie klawiatury. Nie chwila otwarcia pierwszego pisma. Nie sekunda uruchomienia programu komputerowego. Od momentu wejścia do sądu człowiek przestaje być wyłącznie „sobą prywatnie”. Jego czas zaczyna należeć do instytucji. Musi podporządkować się procedurom, organizacji pracy, poleceniom i rytmowi narzuconemu przez pracodawcę. I właśnie dlatego cała konstrukcja „czasu pomijalnego” budzi dziś tak ogromny sprzeciw. Bo nie chodzi wyłącznie o przepisy.
Chodzi o coś znacznie bardziej podstawowego — o próbę wmówienia ludziom, że część ich życia można po prostu wymazać z ewidencji.
„To tylko kilka minut”? Nie. To miesiące życia oddawane za darmo
W części sądów regulaminy przewidują możliwość „pomijania” nawet od dziesięciu do dwudziestu minut przed rozpoczęciem pracy oraz kolejnych kilkunastu minut po jej zakończeniu. Każdego dnia. Dzień po dniu. Miesiąc po miesiącu.
Człowiek przychodzi wcześniej, bo inaczej nie zdąży uruchomić systemów. Zostaje dłużej, bo trzeba jeszcze zabezpieczyć dokumenty, wylogować programy, zamknąć akta. Sąd funkcjonuje dzięki tym dodatkowym minutom. Dzięki temu niewidzialnemu wysiłkowi, którego nikt później nie chce zobaczyć.
A potem przychodzi regulamin i mówi: tego czasu nie ma.
Kiedy przeliczyć to spokojnie, bez emocji, okazuje się nagle, że z tych „kilku minut” robi się ponad trzynaście godzin miesięcznie. Około stu sześćdziesięciu godzin rocznie. Blisko cały dodatkowy miesiąc pracy wykonywanej za darmo.
Miesiąc życia.
Miesiąc poranków spędzonych wcześniej w pracy.
Miesiąc późniejszych powrotów do domu.
Miesiąc odebrany po cichu, przy pomocy administracyjnych definicji i regulaminowych sztuczek z rażącym naruszeniem przepisów prawa.
I może właśnie dlatego ta sprawa wywołuje dziś tyle emocji. Bo dzieje się w miejscach szczególnych. W budynkach, w których każdego dnia mówi się obywatelom o praworządności, europejskich standardach i konieczności przestrzegania prawa. Trudno nie zauważyć gorzkiej ironii tej sytuacji.
Europejskie standardy? Tak — ale nie dla pracowników sądów?
W całej tej historii jest jeszcze jeden element, którego nie sposób przemilczeć.
Od lat słyszymy, że prawo europejskie, standardy unijne i orzecznictwo TSUE mają fundamentalne znaczenie dla praworządności. Że należy ich bezwzględnie przestrzegać. Że są gwarancją ochrony obywatela przed nadużyciami państwa.
I rzeczywiście — gdy chodzi o kwestie ustrojowe, środowisko sędziowskie oraz Ministerstwo Sprawiedliwości bardzo chętnie odwołują się do europejskich standardów.
Ale gdy te same standardy zaczynają chronić pracowników sądów — nagle pojawia się „zaskakująca elastyczność interpretacyjna”, a w zasadzie mówiąc wprost, zwykłe ukryte w wewnętrznych źródłach prawa tworzonych przez sądy naruszenie przepisów prawa.
Nagle próbuje się tworzyć konstrukcje prawne nieznane ustawie. Nagle okazuje się, że można „wycinać” fragmenty dnia pracy, nawet z naruszeniem przepisów. Nagle czas człowieka staje się czymś względnym. To właśnie ten rozdźwięk boli dziś najbardziej.
OZZ AR PRIM: dość przerzucania kosztów organizacji pracy na ludzi
Bo trudno jednocześnie mówić o bezwzględnym obowiązku stosowania prawa europejskiego i równocześnie próbować obchodzić je wtedy, gdy chodzi o zwykłych pracowników sekretariatów, asystentów czy urzędników sądowych.
A przecież to oni każdego dnia utrzymują działanie sądów.
To oni odbierają telefony od obywateli.
To oni przygotowują akta.
To oni pilnują terminów.
To oni sprawiają, że cały system jeszcze się nie zatrzymał.
I właśnie dlatego Ogólnokrajowy Związek Zawodowy AR PRIM tak stanowczo sprzeciwia się próbom wprowadzania „czasu pomijalnego” w jednostkach objętych właściwością funkcjonalną organizacji. Bo rolą związku zawodowego jest reagować dokładnie wtedy, gdy pod pozorem reorganizacji pracy zaczyna się odbierać ludziom ich podstawowe prawa. Niezależnie od tego, czy robi to prywatna firma, urząd czy sąd.
Bo dziś „pomijalny” jest czas. Jutro może być „pomijalny” człowiek
Z uwagi na skalę problemu OZZ AR PRIM skierował również oficjalny wniosek do Ministerstwa Sprawiedliwości o pilne podjęcie działań wobec praktyk wdrażanych obecnie w sądach powszechnych.
Bo najgroźniejsze w całej tej historii nie jest nawet samo naruszenie przepisów, choć jest to niedopuszczalne i szokujące.Najgroźniejsze jest przyzwyczajanie ludzi do myśli, że ich czas może być „pomijalny”, że ich czas można traktować jak coś bez wartości. Że można codziennie zabierać pracownikowi kolejne minuty życia, a potem powiedzieć: „to się nie liczy”. A przecież za tym wszystkim stoją konkretni ludzie. Ludzie, bez których sądy zatrzymałyby się już pierwszego dnia. I może właśnie dlatego ta sprawa wywołuje dziś tyle emocji.
A kiedy państwo zaczyna uznawać za pomijalny czas człowieka, bardzo łatwo zrobić kolejny krok i za pomijalnego uznać także samego człowieka. Dzieje się to nie gdzieś na marginesie rynku pracy. Dzieje się to w miejscach, które każdego dnia mają przypominać obywatelom, czym jest sprawiedliwość.
Justyna Przybylska
Przewodnicząca OZZ AR PRIM
