- Szczegóły
Historia, która zaczęła się od kawy
W ostatnich miesiącach przez sądy w całej Polsce przetacza się fala zmian regulaminów pracy związanych z wdrażaniem elektronicznych systemów rejestracji czasu pracy (RCP). Już wcześniej alarmowaliśmy w tej sprawie.
Samo wprowadzenie nowoczesnych narzędzi ewidencji czasu pracy nie budzi kontrowersji. Pracodawca ma prawo wiedzieć, kiedy pracownik rozpoczyna pracę i kiedy ją kończy. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy pod pozornie technicznymi zmianami zaczynają pojawiać się rozwiązania wywołujące bardzo konkretne skutki dla pracowników, a nawet pokazują że człowiek zaczyna być traktowany instrumentalnie, co nie jest już zgodne z prawem pracownika do poszanowania jego godności.
Jednym z nich jest tak zwany „czas pomijalny”.
Początkowo wydawało się, że spór dotyczy wyłącznie sposobu rejestrowania czasu pracy. Im głębiej jednak PRIM jako organizacja związkowa analizował proponowane rozwiązania, tym bardziej oczywiste stawało się, że problem jest znacznie szerszy.
Nie dotyczy systemu RCP.
Nie dotyczy czytników, kart i elektronicznych rejestrów.
Dotyczy samego rozumienia pracy.
Dotyczy granicy pomiędzy prawem pracodawcy do organizowania procesu pracy a prawem pracownika do poszanowania jego godności i podmiotowego traktowania.
Bo wraz z pojawieniem się koncepcji „czasu pomijalnego” przestajemy rozmawiać wyłącznie o ewidencji czasu pracy.
Zaczynamy rozmawiać o tym, jaką wartość przypisuje się człowiekowi wykonującemu pracę.
Bo czym właściwie jest czas pracy? Kiedy się zaczyna? W chwili wejścia na teren zakładu pracy? Po odbiciu karty? Po uruchomieniu komputera? A może dopiero wtedy, gdy pracownik wykona pierwszą czynność służbową? A przecież jeszcze niedawno funkcjonowała zwykła papierowa lista obecności i przez wiele lat nikomu nie przyszło do głowy, aby mierzyć stoperem drogę do biurka, czas potrzebny na uruchomienie komputera czy przygotowanie porannej kawy.
Jeżeli więc nowoczesne narzędzia miały służyć usprawnieniu ewidencji czasu pracy, warto zadać pytanie, dlaczego w niektórych miejscach stały się punktem wyjścia do prób coraz głębszej kontroli najdrobniejszych elementów codziennej aktywności pracowników.
Być może problem nie leży w technologii.
Być może problem pojawia się wtedy, gdy człowiek zaczyna być postrzegany przede wszystkim przez pryzmat wskaźników, minut i raportów, a nie jako osoba wykonująca pracę na rzecz wspólnoty, urzędu czy sądu.
To nie są pytania teoretyczne. W trakcie prowadzonych uzgodnień jeden z pracodawców próbował uzasadnić wprowadzenie tzw. czasu pomijalnego następująco:
„Czas pomijalny wprowadzony przez Pracodawcę ma obejmować właśnie te czynności, które nie są związane ze świadczeniem pracy (...). Do czynności tych zaliczyć należy chociażby przygotowanie napojów (kawy, herbaty), ułożenie na stanowisku pracy materiałów biurowych w sposób wygodny czy też czas dojścia od czytnika RCP do stanowiska pracy.”
W tym miejscu warto zatrzymać się na chwilę i zadać pytanie, które nie powinno nigdy paść w demokratycznym państwie prawa:
Czy naprawdę doszliśmy do momentu, w którym pracownik musi tłumaczyć się z wypicia porannej kawy?
Kilka minut, które stały się problemem
Można odnieść wrażenie, że kilka minut pomiędzy wejściem do budynku a rozpoczęciem pierwszej czynności służbowej to sprawa błaha.
W końcu czym jest pięć minut a nawet projektowane 20?
Jednym łykiem kawy.
Krótką rozmową z współpracownikiem.
Drogą od czytnika do pokoju.
Uruchomieniem komputera.
Wyjęciem akt z szafy.
Przygotowaniem stanowiska pracy.
Problem polega jednak na tym, że prawo pracy bardzo rzadko rozstrzyga o minutach. Najczęściej rozstrzyga o zasadach.
Bo jeśli uznamy, że przygotowanie stanowiska pracy nie jest pracą, to gdzie przebiega granica? Czy uruchomienie komputera jest już pracą? Czy logowanie do systemów teleinformatycznych jest pracą? Czy zabezpieczenie dokumentów zawierających dane osobowe jest pracą? Czy przygotowanie akt do rozprawy jest pracą?
A jeśli nie, to kiedy właściwie zaczyna się praca?
To nie są pytania o kawę, choć ten przykład zastosowany przez pracodawcę oburzył nas wyjątkowo.
To są pytania o sposób postrzegania człowieka w miejscu pracy.
Człowiek czy maszyna?
Człowiek nie jest maszyną uruchamianą przyciskiem.
Nie pojawia się przy stanowisku pracy w pełnej gotowości operacyjnej dokładnie w tej samej sekundzie, w której przekracza drzwi zakładu pracy, gdzie zamontowany jest czytnik.
Co więcej, pracownik nie przygotowuje stanowiska pracy dla własnej wygody.
Czynności takie jak uruchomienie komputera, logowanie do systemów informatycznych, przygotowanie dokumentów, zabezpieczenie danych osobowych, przygotowanie akt czy organizacja miejsca pracy stanowią element prawidłowego wykonywania obowiązków służbowych.
To pracodawca wymaga ich wykonania.
To pracodawca rozlicza z ich wykonania.
To pracodawca może wyciągać konsekwencje służbowe, jeżeli zostaną wykonane wadliwie albo nie zostaną wykonane wcale.
Pracownik sądu nie rozpoczyna dnia pracy od wypicia kawy.
Rozpoczyna go od wykonywania obowiązków.
Uruchamia komputer.
Loguje się do systemów informatycznych.
Sprawdza korespondencję.
Przygotowuje dokumenty.
Porządkuje akta.
Przygotowuje stanowisko do obsługi interesantów, rozpraw lub czynności administracyjnych.
Nie wykonuje tych czynności dlatego, że ma taką ochotę. Wykonuje je dlatego, że bez nich nie byłby w stanie prawidłowo realizować powierzonych obowiązków.
Nikt nie oczekuje od sędziego, że rozpocznie rozprawę bez otwarcia akt.
Nikt nie oczekuje od sekretariatu, że będzie obsługiwał interesantów bez uruchomienia systemów informatycznych.
Nikt nie oczekuje od pracownika administracji, że będzie wykonywał obowiązki bez przygotowania stanowiska pracy.
A jednak niektórzy próbują twierdzić, że czas potrzebny na wykonanie tych czynności nie jest czasem pracy.
Trudno więc jednocześnie twierdzić, że czynności te są obowiązkowe, podlegają kontroli i ocenie, a zarazem nie stanowią części pracy pracownika.
Próba wyłączenia ich z czasu pracy nie jest sporem o kilka minut.
Jest próbą przerzucenia na pracownika czasu niezbędnego do przygotowania się do wykonywania obowiązków, które zostały na niego nałożone przez pracodawcę.
A przede wszystkim jest próbą sprowadzenia człowieka do roli elementu procesu, który powinien działać natychmiast, bez czasu na przygotowanie, bez uwzględnienia rzeczywistych warunków wykonywania pracy i bez prawa do zwykłych ludzkich zachowań.
TSUE nie rozmawiał o kawie
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej nie analizował czasu potrzebnego na przygotowanie porannej kawy.
Analizował jednak wielokrotnie znacznie ważniejsze pytanie.
Kiedy człowiek jest już w pracy?
Czy dopiero wtedy, gdy wykonuje konkretną czynność?
Czy już wtedy, gdy pozostaje do dyspozycji pracodawcy?
Na przestrzeni lat Trybunał analizował dyżury lekarzy, pozostawanie w gotowości do pracy, obowiązek przebywania w określonym miejscu czy ograniczenia swobody pracownika wynikające z organizacji pracy.
Za każdym razem wracało jednak to samo pytanie:
czy człowiek pozostający do dyspozycji pracodawcy może być traktowany tak, jakby nie wykonywał pracy tylko dlatego, że nie rozpoczął jeszcze konkretnej czynności?
Wnioski płynące z orzecznictwa są jednoznaczne – czas pracy nie może być definiowany dowolnie, a pracownik pozostający do dyspozycji pracodawcy nie może być pozbawiany wynagrodzenia tylko dlatego, że wykonuje czynności niezbędne do rozpoczęcia lub zakończenia wykonywania obowiązków służbowych.
To właśnie dlatego spór o „czas pomijalny” nie jest sporem o kawę.
To kolejna odsłona znacznie starszego sporu o granice pojęcia czasu pracy.
Jest sporem o granice dopuszczalnej ingerencji pracodawcy w organizację pracy oraz o to, gdzie kończy się racjonalne zarządzanie, a zaczyna próba przerzucania na pracownika kosztów funkcjonowania zakładu pracy.
Przez lata pracownicy sądów byli rozliczani z jakości wykonywanej pracy. Dziś w niektórych miejscach próbuje się rozliczać ich z drogi od czytnika do biurka.
Trudno o lepszy symbol tego, jak łatwo można zgubić sens prawa pracy, gdy człowiek zaczyna być postrzegany wyłącznie przez pryzmat minut zapisanych w systemie. Smutna konstatacja jest taka, że mówimy tu o tworzeniu prawa przez sądy – „świątynie sprawiedliwości”….
Najdroższa kawa
Najdroższa kawa
Być może najdroższą kawą w polskich sądach nie jest ta kupowana w automacie.
Być może najdroższa jest ta, która zmusiła nas do zadania pytań o granice kontroli, organizacji pracy i szacunku dla człowieka.
Bo kiedy zaczynamy zastanawiać się, czy pracownikowi należy odliczyć czas potrzebny na dojście do stanowiska pracy, uruchomienie komputera, przygotowanie dokumentów czy nalanie kubka herbaty, przestajemy rozmawiać o kawie.
Zaczynamy rozmawiać o tym, jak rozumiemy człowieka w miejscu pracy.
Najpierw odlicza się kawę.
Potem drogę do biurka.
Potem uruchomienie komputera.
Potem przygotowanie stanowiska pracy.
Kawa była tylko pretekstem.
Tak samo jak droga od czytnika do stanowiska pracy.
Tak samo jak uruchomienie komputera.
Tak samo jak przygotowanie dokumentów.
Tak samo jak przygotowanie akt do rozprawy.
Prawdziwe pytanie nie brzmi bowiem:
„ile trwa przygotowanie kawy?”
Prawdziwe pytanie brzmi:
jak to możliwe, że w ogóle zaczęliśmy rozważać, czy pracownikowi należy odliczyć czas potrzebny na przygotowanie porannej kawy?
Bo właśnie w tym miejscu spór przestaje dotyczyć kilku minut.
Przestaje dotyczyć systemu RCP.
Przestaje nawet dotyczyć samej kawy.
Zaczyna dotyczyć sposobu myślenia o człowieku.
Jeżeli bowiem za problem uznaje się czas potrzebny na dojście do stanowiska pracy, uruchomienie komputera czy przygotowanie kubka herbaty, to trudno oprzeć się wrażeniu, że nie rozmawiamy już o organizacji pracy.
Rozmawiamy o granicach szacunku wobec ludzi wykonujących swoją pracę.
Po przeczytaniu argumentacji przedstawionej przez jednego z pracodawców najbardziej bulwersujące nie jest nawet samo odliczanie kawy.
Najbardziej bulwersujące jest to, że taki argument został zapisany w oficjalnym stanowisku.
Bo gdyby ktoś wypowiedział go mimochodem przy stoliku w pokoju socjalnym, można byłoby wzruszyć ramionami.
Ale tutaj ktoś usiadł.
Przemyślał.
Napisał.
Podpisał.
I przedstawił organizacji związkowej jako argument uzasadniający ograniczenie czasu pracy pracownika.
I właśnie dlatego ta historia nie jest śmieszna.
Nie jest anegdotą.
Nie jest żartem o kawie.
Jest opowieścią o tym, jak łatwo można zgubić człowieka, kiedy zaczyna się patrzeć wyłącznie na minuty zapisane w systemie.
Dlatego spór o „czas pomijalny” nigdy nie był sporem o kilka minut.
Nigdy nie był sporem o kawę.
To spór o granice szacunku wobec ludzi wykonujących swoją pracę.
I o odpowiedź na pytanie, czy w świecie wskaźników, raportów i elektronicznych rejestrów nadal pamiętamy, że po drugiej stronie systemu stoi człowiek.
Przewodnicząca OZZ AR PRIM
Justyna Przybylska
Varia:
,,PRIM w tej sprawie się nie poddał, jesteśmy w trakcie uzgodnień, a ten element jest elementem spornym, bo pracodawca uważa, że „ma rację”, a to jest nie do przyjęcia, nawet w świetle przepisów prawa…"
