- Szczegóły
Są takie chwile w działalności związkowej, kiedy człowiek otwiera kolejny projekt regulaminu pracy, robi kawę, przewija pierwsze kilka stron i już mniej więcej wie, z czym będzie miał do czynienia.
Czasami nawet szybciej.
Na przykład wtedy, kiedy czyta:
„W związku z rozpoczęciem produkcyjnego rozliczenia czasu pracy…”
Produkcyjnego. W sądzie.
Oczywiście wiemy, że określenia używane w systemach informatycznych mają własną techniczną logikę. Ale trudno oprzeć się obrazowi sekretariatu przy taśmie montażowej, na której co kilka minut pojawia się kolejny wyrok, postanowienie albo wezwanie.
„Sztuka pierwsza – gotowa. Sztuka druga – opóźnienie trzy minuty. Prosimy odbić kartę”.
Śmieszne? Trochę, bo niestety prawdziwe.
Tyle że język czasami zdradza sposób myślenia. A sąd nie jest zakładem produkcyjnym. Pracownicy sądów nie produkują śrubek, a wykonywanie ich pracy jest elementem funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości i realizowania prawa obywatela do sądu.
Dlatego właśnie projekty regulaminów pracy czytamy bardzo dokładnie.
I po latach tej lektury możemy już chyba zdradzić odrobinę naszej związkowej kuchni.
Poziom I - „Produkcja wyroków”
To regulaminy, przy których po kilku stronach zaczynamy się zastanawiać:
„Czy ktoś to przeczytał przed wysłaniem?”
Tutaj zwykle nie zajmujemy się kosmetyką. Walczymy o fundamenty.
Czy pracownik rozpoczyna pracę wtedy, kiedy przekracza drzwi budynku, czy dopiero wtedy, kiedy dotrze do konkretnego biurka? Czy czytnik RCP rejestruje obecność, czy może już sam fakt wykonywania pracy? Czy pracodawca może regulaminem zmienić zasady wynikające z Kodeksu pracy? Czy harmonogram jest rzeczywiście harmonogramem, jeżeli pracownik poznaje go niemal w ostatniej chwili?
I nasze ulubione - Czy w regulaminie można stworzyć obowiązek, którego ustawa nie przewiduje? Myślicie, że to wyjątki? Chcielibyśmy…
Tutaj stanowiska związku wyglądają zwykle dość mało subtelnie:
„wnosimy o wykreślenie”
albo:
„zapis jest niezgodny z obowiązującymi przepisami”.
I zaczyna się związkowa operacja ratunkowa.
Czasami wystarcza Kodeks pracy, argumentacja i kilka stron stanowiska. Czasami pacjent wykazuje jednak zadziwiającą odporność na leczenie. Wtedy, z uwagi na równie zadziwiającą upartość „operatora produkcji wyroków”, do zespołu medycznego dołącza Państwowa Inspekcja Pracy.
Poziom II - „Da się uratować”
To prawdopodobnie najliczniejsza grupa.
Koncepcja regulaminu jest zasadniczo prawidłowa, ale po drodze ktoś:
- niewłaściwie odczytał przepis,
- przemyca rozwiązania niezgodne z przepisami,
- zbyt szeroko zinterpretował orzeczenie,
- skopiował rozwiązanie z innej jednostki bez sprawdzenia, czy tutaj rzeczywiście pasuje,
- próbował rozwiązać realny problem organizacyjny niewłaściwym narzędziem,
- albo stworzył zapis, który na pierwszy rzut oka wygląda niewinnie, ale po zastosowaniu go w praktyce może już niewinny nie być.
W takich przypadkach zaczyna się część pracy równie skomplikowana jak w przypadku I grupy, choć z nieco mniejszym natężeniem surowości stanowisk. Nie chodzi bowiem o to, żeby każdy projekt odrzucić.
Chodzi o to, żeby odpowiedzieć na proste pytanie:
co ten zapis będzie oznaczał dla konkretnego pracownika jutro, za miesiąc i za kilka lat?
Regulaminy mają bowiem pewną szczególną właściwość. Kiedy są tworzone, wszyscy pamiętają, „co autor miał na myśli”. Po kilku latach zostaje już tylko tekst, a wtedy jedno nieprecyzyjne zdanie może zacząć żyć zupełnie własnym życiem, zazwyczaj oczywiście na szkodę pracowników.
Poziom III - „Ktoś naprawdę myślał”
Tak, takie regulaminy również istnieją. I wtedy następuje w naszej kuchni chwila niemal uroczysta. Kawa nie stygnie. Marker nie pracuje w trybie alarmowym. Liczba komentarzy na marginesie nie przekracza liczby paragrafów.
Nie szukamy katastrof. Nie demontujemy całych przepisów. Nie zastanawiamy się, czy uda się uratować konstrukcję przed zawaleniem.
Szukamy już tylko:
- niespójności,
- ryzyk interpretacyjnych,
- pojedynczych zapisów wymagających doprecyzowania,
- miejsc, w których można jeszcze lepiej zabezpieczyć prawa pracowników.
I nawet język stanowiska związku zaczyna wyglądać inaczej.
Zamiast:
„wnosimy o wykreślenie”
pojawia się:
„proponujemy doprecyzowanie”.
Dla osób od lat zajmujących się regulaminami pracy różnica jest naprawdę zauważalna. Szkoda, że grupa III robi za „igłę w stogu siana”.
Po co właściwie to wszystko?
Można byłoby powiedzieć: przecież to tylko regulamin.
Tyle że właśnie z tych „tylko regulaminów” wynika później, o której pracownik ma być w pracy, w jaki sposób potwierdza obecność, jak korzysta z przerw, jak rozliczane są nadgodziny, wyjścia prywatne, dyżury czy ruchomy czas pracy. Czy może się spóźnić, czy za to są kary, czy potrącenia finansowe. Czy ma nakaz odpracowania. Albo co grosza, próby przerzucenia ciężaru awansów na „dostępność środków finansowych”…
A czasami regulamin potrafi zaskoczyć nas jeszcze czymś zupełnie innym.
Na przykład próbą uzależnienia awansu pracownika od „dostępności środków finansowych”.
Brzmi niewinnie. Tyle że środki na skutki prowadzonej polityki kadrowej trzeba wcześniej planować, a brak ich zaplanowania nie powinien stawać się później argumentem przeciwko pracownikowi. Smutne, że pracodawcy takie zapisy chowają w regulaminach pracy.
I właśnie dlatego każdy kolejny projekt otwieramy od początku.
Nie mamy jednego „wzorcowego regulaminu”, który przykładamy do wszystkich sądów. Punktem odniesienia za każdym razem jest prawo, konkretna organizacja pracy i skutki, jakie dany zapis może wywołać wobec pracowników.
A produkcja wyroków?
Tu wypada wyjaśnić jedno. Określenia „produkcyjne rozliczanie czasu pracy” nie wymyśliliśmy dla potrzeb tego artykułu.
Naprawdę znaleźliśmy je w jednym z analizowanych przez nas regulaminów. Nie będziemy wskazywać sądu, bo nie o konkretną jednostkę tutaj chodzi.
Nie wiemy też, jakie rozwiązania funkcjonują we wszystkich pozostałych sądach w Polsce ani co zostało wcześniej uzgodnione w regulaminach, których nigdy nie mieliśmy w rękach. Możemy powiedzieć tylko tyle:
W regulaminach, które analizujemy, czasami trafiają się zapisy, przy których nawet nam trudno uwierzyć, że naprawdę zostały napisane. W takich chwilach lepiej nie podsłuchiwać co się dzieje w kuchni związkowej. Wtedy też najczęściej przy pracy na tych „polach minowych” zamiast kawy pijemy melisę.
Justyna Przybylska
Przewodnicząca OZZ AR PRIM
